O wałbrzyskim teatrze będzie. A konkretnie o aktorach Teatru im. Szaniawskiego w Wałbrzychu. A konkretnie o tychże aktorach, grających w spektaklach Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. O aktorach grających świetnie w świetnie napisanych i wyreżyserowanych sztukach. Teksty sztuk – aktualne, do bólu prawdziwe, drażniące, wkurwiające, obnażające i demaskujące pisze Paweł Demirski. W wikipedii przeczytałam, że są to sztuki polityczne. Eeee, to dość istotne uproszczenie. One podejmują wątki, które nazwałabym raczej społeczno-obyczajowymi (z polityką w tle, ale też sztuką w tle). Plus chwyty metateatralne w dużej ilości (a to lubię). Plus spięcia i zabawa z kulturą masową. I stereotypowo pojmowaną polskością i patriotyzmem. I można tak wyliczać i wyliczać.
Pierwszym spektaklem duetu Strzępka – Demirski jaki widziałam były “Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty”(na bydgoskich prapremierach 2008) – kompilacja sztuk Czechowa, podlana obficie sosikiem z współczesnej kultury masowej (mój ulubiony moment to ten, kiedy Doktor zwraca się do Soni słowami z piosenki Kazika: “Chcę ci powiedzieć, jak bardzo cię cenię, chcę ci powiedzieć jak bardzo cię podziwiam.”) Rzecz dzieje się w klimacie peerelowskiej meblościanki, a na stole wokół którego usadzona jest część publiki, wódeczka i zakąska. Z tym, że zakąskę trzeba sobie zrobić samemu, czytaj: publiczność zobligowana jest do pokrojenia jajeczka, marchewki, ogóreczka itd. do tradycyjnej sałatki jarzynowej z majonezem. W nagrodę może się napić tejże wódeczki. I zjeść “ciepły” (prosto z piekarnika kuchenki gazowej wyjęty) serniczek. Aktorzy kroją dzielnie, wespół w zespół z zachwyconą publiką.
A wiadomo, brudzi się człowiek przy takiej robocie, a to majonez skapnie, a to się groszek konserwowy rozciapie. I w tym garmażeryjnym nastroju trwa akcja. Akcja polegająca na oczekiwaniu na Profesora Sieriebriakowa. Przy okazji brudy rodzinne wypływają na wierzch i są wylewane razem z kąpielą biografii każdego z bohaterów. Piękny bałagan.
Na następną sztukę zaprosił mnie mój nieoceniony szwagroski twierdząc, że na pewno mi się spodoba, bo śmieszna jest okrutnie. Pojechałam do wrocławskiego Teatru Polskiego pełna obaw. “Śmierć podatnika” – o grozie życia szarego polskiego obywatela – bandyty, pijaka, dorobkiewicza i wędkarza. Śmiesznie bardzo, a śmiałabym się głośniej gdybym akurat nie zachorowała na grypę żołądkową. Musiałam wyjść przed końcem
Więc go nie znam.
A potem to już było to turnee przed miesiącem, w Chorzowie. Cztery, bardzo mocno zapadające w głowę (i serce) spektakle. Na dobry początek, tegoroczna majowa premiera: “Był sobie Andrzej, Andrzej, Andrzej i Andrzej”, bezlitośnie wykpiwająca stan współczesnej kinematografii, ośmieszająca świat elitarnej “warszawki” i jej “artystowskiej” wystawki. Z bankiecikiem, bukiecikiem i stypą w roli głównej. Pięknie wymyślone, jeszcze lepiej zagrane. A nabrudzą się przy tym aktorzy (scena jest wysypana piaskiem), a napocą w kostiumach pluszowych misiów, a przyprawią o obrzydzenie w scenie rzygania pasztetem z gęsich wątróbek. Sam miód.
Następnie sztuka o wiele mówiącym tytule: “Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł”. W roli głównej – stereotypy polskości. Babcia, która przeżyła wojnę, i której Bolszewicy zabrali nie tylko zegarek. Biskup, zjarany na mahoń w solarium, o jasno ustalonych preferencjach. Wrażliwy dresiarz, zapalony kibic-poeta ulicy. Magister z marzeniami o angielskim zmywaku i polskim garniturku. Niespełniona aktorka, której nie przyjęto do “jebiącej formaliną” warszawskiej szkoły teatralnej i która realizuje się w rozbieranych sesjach zdjęciowych. Do kompletu: Generał Jaruzelski wraz ze swoimi wiekopomnymi ideami, niemiecki turysta bez aparatu i samochodu (ciekawe dlaczego?), suflerka przez cały spektakl wtryniająca kanapki i swoje trzy grosze do dialogów i, postać najciekawsza, upiór zabitej kobiety, która ma do opowiedzenia najciekawszą historię. Na deskach tym razem torf, kostiumy i ciała bohaterów wraz z postępującą akcją, stają się coraz bardziej brudne, czarne (napisałabym, jak ich myśli, ale to zabrzmi banalnie).
I, na koniec “Niech żyje wojna” – oparty o kultowych “Czterech pancernych i psa” – polemika z serialem, przedstawiającym sielankową wersje wojny (a’la Jan Kochanowski). Z niezapomnianą sceną jedzenia jajek na salonach
I plucie maślanką na odległość. I sfingowana krew (istnieje w ogóle jakieś pojecie sfingowanej krwi, czy to ja je wymyśliłam?)
Generalnie – aktorzy Strzępki i Demirskiego brudzą się okropnie, brudzą się na potęgę. I “ma to uzasadnienie w akcji scenicznej”, jakby powiedział teatrolog UJ, czy UW. I wychodzi to tej akcji na dobre. i jest metaforą. I jest teatrem. Jakąś jego istotą, ośmielę się rzec.
Tak jak Krystian Lupa pokazał w “Rodzeństwie” prawdziwy obiad (i dzięki temu prostemu zabiegowi wprowadził element życia do teatru), tak w spektaklach wałbrzyskiego teatru brud jest metaforą tego, co dzieje się w głowach postaci. Jest unaocznieniem ich myśli, czymś żywym, cielesnym wręcz, co można dotknąć, poczuć.
Czyste i wymuskane aktorstwo aktorów, chociażby częstochowskiego teatru, jest”‘udaniem”. Nie ma w nim życia, jest udawanie życia. I tu tkwi problem. Jedynie w ‘Patrz, słońce zachodzi’” nagość bohatera w klatce (Bartosz Kopeć) niesie ze sobą prawdę. I dlatego jest to taki dobry spektakl. poza tym – sztuczne lale. A nie o to chodzi w “byciu ze sceny”, w życiu ze sceny.
Pi.Es. Czwartym spektaklem w Gorzowie były “Diamenty…”, opisane wcześniej, dlatego później już ich nie ujmowałam.Przenieś do kosza