Prawdziwi ślepcy.

Tak siedzę sobie przy pierwszym tej jesieni grzanym winku i rozmyślam, kartkując “Miasto ślepców” Jose Saramago. Zaczęłam czytać parę tygodni temu i… nie skończyłam. A to z tego powodu, że zachciało mi się zajrzeć na stronę ostatnią. Czasami nie udaje mi się zwalczyć pokusy pt. “jak to się skończy” i, albo psuję sobie całą przyjemność z lektury albo nie kończę książki.  Całe szczęście, że w teatrze nie da się zacząć przedstawienia od końca, tylko trzeba cierpliwie obejrzeć od pierwszej do ostatniej sceny. Tylko w teatrze bywam cierpliwa. W ogóle w słowie “cierpliwość” zawiera się wyraz podstawowy “cierp”, więc ja cierpię katusze usiłując wyhodować w sobie tę cnotę ;) Ale jak zwykle zagalopowałam się w dygresji. Więc… “Miasto ślepców” zaczyna się cytatem z Księgi Przestróg : “Jeśli masz oczy, patrz. Jeśli widzisz, spostrzegaj.” Już te dwa zdania mogą dać niejaki obraz wydarzeń zawartych w  książce. Wnikliwy (i w miarę inteligentny czytelnik) może się domyślić, że należy czytać między słowami, szukać pod przykrywką zdarzeń drugiego dna, drążyć i, jako rzecze księga, nie tylko patrzeć, ale i widzieć.  I, na ostatniej stronie – konkluzja potwierdzająca przypuszczenia metaforycznego przesłania, zawartego inter verbis: “Dlaczego oślepliśmy, Nie mam pojęcia, być może kiedyś się dowiemy. Chcesz wiedzieć, co ja o tym myślę, Oczywiście, Uważam, że my nie oślepliśmy, lecz jesteśmy ślepi. Jesteśmy ślepcami, którzy widzą, Ślepcami, którzy patrzą i nie widzą.” Dlaczego o tym piszę? Ano, oczywiście w związku z przedstawieniem krakowskiego teatru KTO, obejrzanym przeze mnie w sierpniu.  Przedstawienie tzw. plenerowe; scena zajęła prawie całą zachodnią (chyba) pierzeję Rynku. Widać zbudowany ze stalowych rurek podest konkurujący wysokością z Sukiennicami, ogromne wentylatory. Na scenę wychodzi dziewczyna grająca na skrzypcach walca. Muzyka staje się coraz głośniejsza, aktorzy, którzy też już wyszli na scenę, zaczynają tańczyć, porywając do walca “przypadkowych” widzów. Równy, płynny ruch, coraz szybciej i szybciej wirują i nagle… w taniec wkrada się jakiś zgrzyt, widzimy, że coś jest nie tak, na początku trudno się zorientować, o co chodzi. Postaci zaczynają się potykać, tracą rytm, jakby z niedowierzaniem rozglądają się na boki. Stają, zaczynają krzyczeć, niektórzy padają na ziemię. Jedyna widząca, kobieta w czerwonej sukni, ustawia korowód ślepców, prowadząc ich do szpitala. Tam, wszyscy zostają ponumerowani (ich numery wyczytuje w trzech językach bezduszny, anonimowy głos), dostają uniformy i laski, zostają im przydzielone łóżka. I te łóżka, zwykłe stalowe, białe, szpitalne, na kółkach, to cała scenografia. I nie tylko scenografia, ale też partnerzy dla aktorów. Potrafią zagrać samotne łodzie kierowane przez ślepców do niewiadomej przystani, drogę krzyżową bezradnych ludzi. Zestawione razem staja się barykadą, a nawet bronią masowego rażenia dla ogarniętych obłędem mieszkańców miasta, sczepione oparciami tworzą błędne koło, z którego bezradni ludzie nie potrafią się wydostać.  Jerzy Zoń gra mocnymi obrazami, ze sceny na scenę potęgującymi nastrój rozpaczy i grozy. Sugestywnymi plastycznie (obraz znieważanych, półnagich kobiet) i muzycznie (tango, gdzie prowadzącymi są kobiety, odarte z godności i wszelakich uczuć).

Na mnie największe wrażenie zrobił właśnie ten taniec (tango) – ogłuszająca muzyka wciągająca widza jakby w środek spektaklu. Dodatkowo, puszczone w wiatr (wentylatory!) tysiące srebrzystych papierków, wirujących dookoła, wciskających się do oczu, oblepiających postacie nie tylko aktorów, ale i publiczności potęgowały to wrażenie wejścia do spektaklu. Jedno z mocniejszych teatralnych przeżyć.

I finał. Bestie, którymi stali się niewidzący ludzie, nagle odzyskują wzrok. A jedyna, która dotąd widziała, kobieta w czerwieni (lady in red ;) , opiekująca się nimi – ślepnie. Grupa ślepców, uzbrojona w długie kije, przewraca swą opiekunkę, przechodzi po niej (jakby nie istniała). Idą dalej. Z głośnika rozlega się głos: jeden, one, odin.

“Żona lekarza wstała i podeszła do okna, spojrzała na zaśmiecone ulice, na rozśpiewany, radujący się tłum, po czym podniosła głowę i ujrzała nad sobą białe niebo. Teraz na mnie kolej, pomyślała i ze ściśniętym sercem opuściła wzrok. Miasto nadal tam było.”

Published in: Bez kategorii on Wrzesień 7, 2010 at 8:53 pm  Komentarze (1)  
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.