“Jeśli ktoś chce być doskonały, nie można mu tego zabraniać, chociaż takie pragnienie przeważnie czyni nas nieznośnymi. Kto marzy o doskonałości, zazwyczaj poucza, poprawia, daje lekcje innym i wszyscy od niego uciekają. Nie jest dobrze być nieustannym poprawiaczem i nauczycielem. To jest bardzo zły sposób na życie. Trzeba więc chyba iść na kompromisy ze sobą i ze światem. Owszem, robię i toleruję wokół różne rzeczy, które mi się nie podobają, może staram się je ograniczać, ale rozumiem, że dobra ważne w życiu często kłócą się ze sobą. W istocie na tym skłóceniu kłopot życia polega. Dlatego nie ma żadnej niezawodnej hierarchii wartości. Gdybym wierzył, że jest taka hierarchia, to dążyłbym do uznania jakiejś wartości za absolut i unieszczęśliwiałbym innych, a także i siebie, chociaż może udałoby mi się tego nie zauważać” (Leszek Kołakowski)
Wywiad z Leszkiem Kołakowskim został umieszczony w programie do spektaklu “Król umiera, czyli ceremonie” Starego Teatru w reżyserii Piotra Cieplaka. Na początku pomyślałam, po cholerę zapełniać 3/4 programu rozważaniami, co jest w życiu ważne, a co mniej. A potem zaczęłam się głębiej zastanawiać i zrozumiałam. Ten Król w sztuce Ionesco też szukał tych ważnych spraw, tego sensu, poprzez dążenie do doskonałości właśnie. Chciał, żeby jego królestwo było doskonałe, żeby jego poddani byli idealni, żeby jego rodzina była posłuszna, a dwór w pełni mu oddany. I wydawał rozkazy. Ale taka postawa się nie sprawdziła. Bo czy można rozkazać kochać? Czy można rozkazać śmierci żeby nie przychodziła?
Efekty chaotycznych zmagań Króla ze światem i z samym sobą były przeciwne do zaplanowanych. Granice jego państwa zaczęły się kurczyć, ilość mieszkańców dramatycznie zmalała (aż zostali tylko starcy i niepełnosprawne dzieci – tu wychodzi groteska Ionesco
, rodzina przestała traktować go poważnie, a dworzanie potrafili wykrzykiwać tylko wyuczone formułki na jego cześć. Jak się łatwo domyślić, nie uczyniło to króla szczęśliwym (choć się do tego nie przyznawał, albo udawał, że tego nie zauważa – patrz cytat z wywiadu). Do końca jednak nie przestawał rozkazywać. Prawie do końca. Cieplak, przekładając Ionesco na język sceniczny, uczynił bowiem koniec początkiem. “Umarł król, niech żyje król” !!! Kiedy bowiem pierwsza żona Króla – Małgorzata (w tej roli cudowna Anna Polony) delikatnie przeprowadza go “na drugą stronę” mrok znika, a w białym świetle poranka słychać płacz noworodka. Dość ograna symbolika, ale tu pięknie wkomponowana w przedstawienie. Małgorzata – na codzień pełna dystansu i ironicznie podchodząca do życia, potrafi z niezwykłą czułością i zrozumieniem potraktować złamanego króla (Jerzy Trela) wkraczającego na swą ostatnią drogę.Prowadzi go za rękę, jak małe dziecko, wskazując mu drogę. Jest mu przyjacielem. Ciekawie podszedł Cieplak do duetu Król – Królowa. Niestandardowo.
Reszta przedstawienia, uważam, nie wyszła aktorom podczas tego wieczoru. Grali słabo. Dymna (Maria) sprawiała wrażenie jakby męczyła się na scenie (i raczej nie był to zamysł reżyserski), Leszek Piskorz (Strażnik) był sztuczny w swej roli, co wyczuwało się jak się wyczuwa glutaminian sodu w niezłej potrawie; Dorota Segda (Julia) też była jakaś taka zgaszona, bez emocji. Trelę uratował duet z Polony, bezsprzecznie genialnej. Ciągnęła go w górę, choć nie do końca jej się to udało. Sama stworzyła przejmującą kreację zdystansowanej Królowej, która pod ironiczną maską ukrywa czułość i miłość. Zderzenie tych sprzecznych uczuć pięknie zagrało.Nie zagrało mi natomiast wprowadzenie grupy tanecznej w charakterze dworu. Jakieś to plastikowe było. Choć może ich wyuczone ruchy i kombinacje taneczne miały symbolizować wyciągniętą na wierzch sztuczność dworu królewskiego. Może.
Przedstawienie Cieplaka zebrało nagrody na wszystkich chyba ważniejszych festiwalach teatralnych w kraju. Dlatego na nie pojechałam. Jednak by je ocenić, musiałabym je zobaczyć powtórnie, kiedy wszyscy aktorzy będą w formie. Bo koncepcja zagubionego Króla, który odnajduje się dopiero dzięki jakiejś pierwotnej czystości i szczerości przemawia do mnie bardzo.
