„Każdy dobry spektakl jest szantażem emocjonalnym na widzu” – Jan Klata

W czasie dwugodzinnego spotkania z Janem Klatą (Magiel Sztuk, TP Wrocław, 29 marca 2010, godz. 19) dowiedziałam się o teatrze więcej niż w ciągu miesiąca studiów. Może chodziło o bardziej przystępną formę podania – albowiem Jan Klata jest interesujący nie tylko jako reżyser, ale też jako mężczyzna, ponadto posiada jakąś pozytywną energię którą obejmuje słuchaczy. Może o miejsce – zaciszną scenę kameralną Teatru Polskiego. Może o szampańską atmosferę spotkania – bez zadęcia, nadęcia i wyjaśniania „dlaczego Jan Klata wybitnym reżyserem jest”.

A spotkanie było nader ciekawe.

Można było się dowiedzieć, że Jan Klata jada na śniadanie kefir z płatkami orkiszowymi (bleee), że 28 marca ma urodziny (akurat dzień przed spotkaniem skończył 37 lat), że budżet do pierwszego przedstawienia Klaty (pokazanego na wrocławskiej EuroDramie w 2003 roku „Uśmiechu grejpruta”) wynosił 500 zł i dlatego zamiast tradycyjnych dekoracji zdecydowano się na bioobiekty (biorące 8 zł minus podatek za spektakl).

I że Klata w czasie tego debiutanckiego przedstawienia siedział za kulisami zastanawiając się: „czy kogoś to obejdzie oprócz mnie”. Widocznie „obeszło”, bo 2 lata później był już festiwal „Klata Fest” w Warszawie, na którym pokazano 6 spektakli zrobionych przez niego. Festiwal wywołał spore kontrowersje – jak to zwykle bywa oburzeni i zachwyceni podzielili się po połowie ( np. w czasie „Fantazego”, w reż. Klaty oczywiście, wyszedł Jan Englert i … nie wrócił. Niektórzy twierdzą, że wyszedł ponieważ zbulwersowało go przedstawienie, a konkretnie scena kopulacji w rytm „Czerwonych maków na Monte Cassino”, niektórzy – że musiał coś „pilnie załatwić” – Klata nazwał to aktem fizjologiczno – patriotycznym).

Rozmowa dotyczyła ponadto w dużej części teatrów niemieckich, ponieważ Klata obecnie współpracuje z teatrem w Dusseldorfie, a także wzbudzającego wiele emocji (mimo premiery w roku 2006) wielokrotnie wznawianego spektaklu „Transfer”. Można się było dowiedzieć, że w teatrach niemieckich obowiązuje system abonamentowy (przechodzący czasem z pokolenia na pokolenie) i że tam premiera nie jest tak wielkim wydarzeniem jak w Polsce, gdzie daje się 4 – 6 premier na sezon (mowa o teatrze zawodowym). W Niemczech jest trzydzieści kilka premier, a przygotowanie przedstawienia rzadko trwa dłużej niż 5 – 6 tygodni (i jakie to wyzwanie zrobić w parę tygodni „Makbeta” na przykład). W Polsce praca nad przedstawieniem nie kończy się wraz z premierą, są próby wznowieniowe, dyskusje; w teatrach niemieckich przedstawienie nie rozwija się już później, nie zmienia się jego kształt. Klacie akurat bardziej odpowiada polskie podejście. Ponadto niemieccy aktorzy są według Klaty bardziej zdyscyplinowani, ale mniej samodzielni artystycznie, a dla niego cenny jest twórczy naddatek ze strony aktorów, którym reżyser tylko nadaje kierunek. „Granice wolności aktorskiej jednak muszą być – opalikowuję im czasem teren improwizacji” – mówił reżyser. Przy okazji można było się przekonać, że Klata posiadaczem humoru jest – nie sypie co prawda anegdotami jak z rękawa, ale kilka perełek dałoby się wyłowić.

O czym jeszcze było na spotkaniu z Klatą? Tematów mnóstwo, a dyskusja, gdyby nie interwencja prowadzącego spotkanie – Krzysztofa Mieszkowskiego, trwałaby pewnie do północy (tak to jest gdy tzw. teatromani skupią się w jednym miejscu. Rozmawialiśmy o tym, że reżyserzy lubią siedzieć na widowni i obserwować reakcje publiczności (szczególnie zagranicznej) – Klata nie jest wyjątkiem, a najciekawsze przeżyciem, dojściem „do źródeł teatru” jak to nazwał, była konfrontacja z wałbrzyską publicznością w czasie spektaklu „Czyż nie dobija się koni” Mai Kleczewskiej.

Zahaczono też o dwa najgłośniejsze spektakle Klaty ostatnich lat – nagrodzoną ze wszystkich stron „Sprawę Dantona” z wrocławskiego Teatru Polskiego (i dlaczego u Wajdy De Moulain jest wycięty skoro jest jedną z najważniejszych postaci dramatu Przybyszewskiej) i „Trylogię” zrobioną w Starym Teatrze ( i jak przebiegała współpraca z aktorami krakowskimi, jakie są różnice między publicznością krakowską – ach ten Kondzio Swinarski – i wrocławską). Klata zastanawiał się też nad mocą, jak to nazwał „intelektualistów teatralnych”, którzy przylepili mu twarz reżysera politycznego, podczas gdy on spełnia tylko „obowiązki społeczne”.

W czasie spotkania stwierdził też, że „zawsze coś ukrywa, ukrywanie jest zdrowe” – i to myślę może być dobrym zakończeniem tej, i tak już przydługiej, notki.

Published in: on Kwiecień 1, 2010 at 6:31 am  Dodaj komentarz  
Tags: , , ,

Spokojnie, panie Molier…

Mordowanie Moliera.

To co miało miejsce w sobotni wieczór w Teatrze im. Mickiewicza w Częstochowie to była zbrodnia ze szczególnym okrucieństwem. Zbrodnia na genialnym tekście, samograju, który reżyser, Waldemar Śmigasiewicz pociął tak, że ni sensu ni smaku nie można było w nim znaleźć. Zbrodnia na aktorach, którzy, nie wiedząc co grać, plątali się po scenie jako pijane zające, próbując od czasu do czasu zbudować jakieś fundamenty na ruinach tekstu. Tekstu, który sprowadzony został do bełkotu tytułowego bohatera, czyli obsadzonego w tej roli Piotra Machalicy, który, przyznaję z bólem – był najsłabszym ogniwem tego żenującego widowiska. Wreszcie zbrodnia na publiczności, która poziewywała pojedyncze śmieszki z siebie od czasu do czasu wydając, by nagrodzić wreszcie premierowy spektakl anemicznym aplauzem. Tak, panie reżyserze, słychać było gwizdy z ostatniego rzędu, tak panie reżyserze, to gwizdałam ja – Julia Liszewska, żeby pomścić Moliera co się w grobie przewrócił. (…)

więcej na stacjaczestochowa.info

Published in: on Marzec 28, 2010 at 6:14 am  Dodaj komentarz  

Zbieram się i zbieram do napisania pierwszej notki i zebrać się nie mogę. Bo pierwsza to musi być: błyskotliwa, dowcipna i cięta. I z jakąś głębszą myślą ukrytą. Niestety…

Od miesiąca myślę nad spektaklem “Aktorzy prowincjonalni” z opolskiego Teatru Kochanowskiego w reżyserii Agnieszki Holland i Anny Smolar. Porządnej recenzji już raczej nie stworzę, bo jednak “przenosiłam tę ciążę”, ale napiszę sobie chociaż plusy i minusy. Tak dla rozruszania.

Po 37 przedstawieniu.

+

przede wszystkim dobry pomysł przeniesienia tematu z filmu (który Holland zrobiła w latach 70-tych) na teatralne deski

przejście publiczności przez kulisy i zaplecze teatru wśród okrzyków obsługi technicznej, montażystów, aktorów szykujących się do występu

widzowie usadzeni na scenie obrotowej, co dawało fajny efekt “bycia” w środku przedstawienia i nie wymagało zmiany dekoracji

świetna gra całego zespołu aktorskiego, ze szczególnym uwzględnieniem Macieja Namysło (Krzysztofa – Konrada)

dbałość o szczegóły – od rekwizytów po kostiumy (i prawdziwe jedzenie na talerzach, bo czego nie cierpię w teatrze to np. markowanie picia kawy ;)

genialna scena bankietu popremierowego – pełen realizm

“wysokie napięcie” między aktorami a publicznością utrzymywane przez cały spektakl (2,5 godziny, które minęło jak 15 minut, co mi się ostatnio rzadko w teatrze zdarza)

-

dość nieporadne (miejscami) dostosowanie realiów końca lat 70-tych do tych współczesnych (komercja, aktor jako towar na rynku sztuki itd.)

Więcej grzechów nie pamiętam..

Spektakl świetny, trudny dla mnie do opisania, bo odebrałam go chyba nazbyt emocjonalnie (szczególnie te rozterki Krzysztofa – Konrada ;) , ale chętnie zobaczę go powtórnie. Może wtedy włączy się racjonalne myślenie..

Choć z drugiej strony, to fajne, że na niektórych przedstawieniach daję się jeszcze porwać  emocjom. To chyba oznacza, że pewien mięsień u mnie nadal działa w miarę poprawnie.

Published in: on Marzec 23, 2010 at 8:33 am  Komentarze (1)  
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.