Ogródki 2012.

Published in: Bez kategorii on Sierpień 7, 2012 at 5:10 pm  Comments (1)  

W niedoczasie.

Kwiecień, maj i czerwiec bardzo aktywne teatralnie. „Tlen” we Wrocławiu, ATA, próby próby próby zakończone premierą „Recyklingu”, znowu ATA i na zakończenie piękne warsztaty z Tomkiem Bazanem. Kończę 2 tygodnie bezkarnego nieróbstwa 😉 i znowu zacznie się dziać (za chwilę wyjazd do Szczecina na „Spoiwa”) więc czas uporządkować fakty.

1. ATA – drugi i trzeci zjazd to: niespodziewane kilka godzin w Świnoujściu ;), Teatr KANA, legendarny spektakl „Moskwa – Pietuszki”, wspaniałe warsztaty z Tomaszem Rodowiczem z „Chorei” („makar hostis, makar hostis”), cudowny Topor Teatru „W krzywym zwierciadle”, wywiady z mieszkańcami Goleniowa, rozmowy o projektach i snucie teatralnych planów.

Kolejny zjazd zacznie się na dniach i potrwa aż 8 dni. Tym razem napiszę o nim więcej, bo i zobowiązałam się być kronikarzem tego lipcowego spotkania.

2. Warsztaty z Tomkiem Bazanem w Ramach „Frytka  – Off”. Niesamowite 3 dni, fascynujące pod względem twórczym i hmm, jakby to napisać – ogólnoludzkim. Walka z własnym ciałem i jego słabościami zakończona, tak czuję i myślę, że uczestnicy warsztatów czują podobnie, jakimś zwycięstwem – nad sobą, własnymi ograniczeniami (dzięki niesamowitej energii prowadzącego warsztaty i twórczej współpracy uczestników). Na tych warsztatach zadziało się coś, co Tomasz Rodowicz z „Chorei” nazywa „cudem” 😀 

3. TLEN – za nami druga premiera i widoki na trzecią. Chcemy zagrać na koniec Festiwalu Teatrów Ogródkowych „W Alejach” (we wrześniu) i zaprosić kilka teatrów na Ogródki, zrobić jedną akcję teatralną w mieście w środku wakacji, no i zacząć próby do nowego spektaklu. Plus do dwóch innych projektów aktywujących lokalne siły ( ATA się kłania 🙂 No i dalej działać „pod prąd” trzymając się zasady przypomnianej na jednym z ATOwych zjazdów, przez cytowanego już tu Tomasza Rodowicza, a mówiącej, że: „z prądem płynie tylko gówno” 😉

 

 

Published in: Bez kategorii on Lipiec 5, 2012 at 1:30 pm  2 komentarze  

„Strach jest iluzją.”

To zdanie wyciągnięte ze spektaklu Alejandro Martineza, który obejrzałam w Goleniowie, jakoś pod koniec kwietnia, w czasie pierwszego zjazdu ATA (Akademii Teatru Alternatywnego). Spektakl nosił tytuł „Mission Polska” i opowiadał o przypadkach Alejandro w Polsce. Alejandro, jak łatwo wykminić, jest Hiszpanem, więc mógł pomyśleć, że „Wyjście” to nazwa miasta i generalnie czuć się u nas na początku trochę obco.

Podobnie jak ja się czułam przez pierwsze godziny w Teatrze Brama, w Goleniowie, kiedy to spóźniwszy się (coś podobnego!) na pierwszy zjazd ATA, wpadłam w sam środek rozgrzewki, jaką Teatr Brama wraz z Teatrem Krzyk z pobliskiego Maszewa, zrobili uczestnikom projektu zaraz na początku. Jedyne na co było mnie stać to „sztywne” uczestnictwo w ostatniej godzinie zajęć, po których zadzwoniłam do domu, że wracam nocnym pociągiem amen koniec i kropka. Stwierdziłam, że „ja tu nie pasuję”. Nie dam rady. Nawet nie fizycznie. Psychicznie. Nie dam rady się przełamać i otworzyć. Na innych ludzi. No i przede wszystkim na siebie.

Jednak jakiś przekorny chochlik w mojej głowie kazał mi zostać. Po to, żeby się przekonać, że strach „is not real”, że strach jest iluzją.

(Szczegółów oczywiście nie zdradzę.)

Mogłabym teraz podziękować wspaniałym ludziom z Teatru Brama i z Krzyku oraz uczestnikom ATA za te rewolucję dotyczącą mojej osoby, ale „zrobi się banalnie” (tekst z „Tlenu” Wyrypajewa) i zbyt patetycznie. Zresztą oni i tak wiedzą.

Czekam na końcowo – majowy zjazd.

Published in: Bez kategorii on Maj 13, 2012 at 9:16 pm  13 komentarzy  

„To sie chyba nazywa recykling. Że to, co zużyte, można używać dalej, ale sie tego nie potrzebuje.”

SERDECZNIE ZAPRASZAM NA KOLEJNĄ PREMIERĘ TEATRU NIEZALEŻNEGO „TLEN”.

Sztuka nosi tytuł „Recykling” i jest kompilacją kilku tekstów, głównie Elfriede Jelinek. O czym jest?  Tytuł roboczy brzmiał: „Zerżnij mnie”, więc łatwo się domyślić 😉

 Obrazek

Mogę tylko dopowiedzieć, że główna bohaterka żyje na pograniczu snu i jawy, i że bliżej jej jednak do tego wyobrażonego świata, który choć straszny, i tak okazuje się mniej bolesny od realu.

Premiera: 18 maja, piątek, o godz. 19. Spotykamy się pod Cafe Belg (Al. NMP 32, Częstochowa)

Bilety 10 zł (od najbliższego pon, 14 maja. w przedsprzedaży w Cafe Belg i Carpe Diem (al. NMP 29).

Published in: Bez kategorii on Maj 11, 2012 at 6:47 am  Comments (1)  

Czekanie na mózg.

No i tak, żeby mieszkańcom Częstochowy i okolic nie było smutno, że u nas nie ma nad czym piać z zachwytu (a pochlebne recenzje GW wprawiają myślących ludzi w „zadumanie”), powiem, że i w innych polskich miastach zdarzają się teatralne chały, wpadki tzw. repertuarowe, a największy pewniak może pogrążyć spektakl w tzw. czarnej dupie.

Dobitnym tego przykładem może być ostatni (chyba ostatni, w każdym razie niedawny) spektakl twórcy takich arcydzieł scenicznych jak „Kalkwerk”, czy „Bracia Karamazow”. Otóż ten, bardzo ceniony i hołubiony w kręgach teatralnych twórca, postanowił zrobić rzecz bardzo autorską, bardzo spontaniczną i bardzo nowoczesną. Teatr bez teatru. I, co gorsza, teatr bez aktorów. Już w jednym ze swoich ostatnich przedstawień – „Factory2”, mówiącym o życiu, twórczości, używkach i preferencjach seksualnych pewnego równie uznanego twórcy, który malował różne zupy w puszkach i poczwórną Marylin Monroe, pozostawił aktorom duże pole do popisu, do spontanicznych działań wykraczających poza tekst, do tzw. improwizacji. I to się jeszcze trzymało kupy. Bo i aktorzy dobrzy (Stary Teatr sroce spod ogona nie wypadł 😉 i reżyser sam, niczym Kantor, dyrygował swoim zespołem co i raz pojawiając się z boku sceny.

Ale przy tym przedstawieniu, o którym piszę *, zrealizowanym w Teatrze Polskim we Wrocławiu na tzw. „Świebodzkim” ten sam, albo podobny numer nie wyszedł. Przedstawienie ( w założeniu oparte o teksty Doroty Masłowskiej, która wycofała się z przedsięwzięcia niedługo po rozpoczęciu prób) pokazuje ludzi, którzy spotykają się, z konieczności, na dworcu w jakiejś zapyziałej dziurze, bo pociąg akurat w środku nocy miał awarię i wypluł ich do zatęchłej poczekalni gdzieś na prowincji. A ludzie, jak to ludzie, są różni. I te różnice mają, w założeniu, wychodzić, wraz z rozwojem akcji. Jest tylko jeden ważki problem – akcja się nie rozwija. I to też może być zamierzone – zgoda. Ale nie jest już chyba zamierzone, że aktorzy, mający tylko zarysowane główne problemy, które maja poruszać w swoich dialogach (na temat aktualnej sytuacji politycznej, artystycznej, rozliczają się po trochu z historią w bardzo durny sposób – te miałkie gadki o Oświęcimu tylko śmiech pusty wywołują, a także uskuteczniają trucie w bucie o babskich i męskich sprawach) mówią tak naprawdę, naprawdę o niczym. Może te kwestie mają o niczym, tak jak te dialogi międzycelebryckie typu „pudelek” czy inny „fakt”, ale są w taki sposób podane przez aktorów, że niestety niestety, obnażają ich żenujący poziom dysputy na jakikolwiek temat. Póki mówią tekstem jest jeszcze w miarę ok, ale kiedy zaczyna wchodzić tzw. „dialog improwizowany” – następuje armagedon. Wrażenie porażki i bezsensu potęguje fakt, że aktorzy wychodzą też a zaplecze teatru i przed teatr i tam też wyczyniają swoje artystyczne improwizacje typu: sikanie na stojaka Pani Ewy Skibińskiej czy poszturchiwanie się Ani Ilczuk z kolegą w ubikacji, czy mega durne rozmowy z użyciem lawiny wulgaryzmów. Jest to, na dłuższą metę, mało ciekawe (jeśli takie rozmowy prowadzą prywatnie aktorzy to serdecznie im współczuję), a w konsekwencji po prostu głupie i nudne. A spektakl ciągnie się i ciągnie jak osobowy z Warszawy do Wilkowiecka, a co przystanek to wychodzi z aktorów większa pustka, której nawet „okiem sokolim nie zmierzysz”. Nie ożywia akcji pokazanie cipki na koniec, oj doprawdy. Aktorzy obnażają w tej sztuce swoją prawdziwą twarz i jest ona jednak, bez podparcia tekstem, przerażająca.

Takie to historie dzieją się w innych miastach, do których można dojechać pociągiem, ale nie polecam nocnych kursów.

*”Poczekalnia” firmowana przez Krystiana Lupę, ale podpisana jako „kreacja zbiorowa” (śmiech), premiera 8 września 2011 na Świebodzkim

Published in: Bez kategorii on Kwiecień 17, 2012 at 8:01 am  Comments (1)  

Show must go out.

No, to teraz o najnowszej (czyli jakoś tak sprzed miesiąca) premierze częstochowskiego Teatru Tańca Włodzimierza Kucy. Był to „Sprzedawca marzeń” według pomysłu, w reżyserii i z układem choreograficznym Włodzimierza Kucy. Do muzyki Queen (stąd tytuł tego tekstu, jakby się ktoś nie domyślił 😉

Widziałam kilka spektakli Teatru Kucy, na żywo i na DVD. Zawsze miały w sobie coś – pomysł, efekty specjalne, że o świetnych tancerzach nie wspomnę. Widziałam „Dzwonnika z Notre Dame” (premierę sprzed dwóch lat, Teatr W. Kucy daje premierę co rok, ubiegłoroczną „Dziewczynę z pomarańczami” niestety przeoczyłam) – dobrze, logicznie przeniesioną na scenę książkę Victora Hugo, ze świetnie zagranymi (zatańczonymi) rolami głównymi. Jeszcze wcześniejsza „Promocja” też miała w sobie power – głównie dzięki aktualnemu tematowi i dramatyzmowi akcji. W „Sprzedawcy marzeń” dobra była tylko muzyka. Oprócz tego Kuca poległ na całej linii. Jakby, robiąc spektakl, zadawał sobie nieustannie pytanie: „co by tu jeszcze spieprzyć, panowie, co by tu jeszcze spieprzyć?” Najbardziej spieprzone były na premierze światła. Sprawiały wrażenie jakby ktoś je ustawiał na chybcika jeszcze w trakcie spektaklu. Marnie oświetlony zespół, zupełnie nieoświetleni soliści (nie było widać jak tańczą z przodu sceny!), feeria kolorów nie zastąpiła niestety przemyślanej koncepcji oświetlenia spektaklu. Trudno więc wypowiadać się tak do końca o tancerzach, ale: rzucała się w oczy statyczność głównego solisty teatru – Bazylego Ogińskiego i niezupełne zgranie reszty zespołu. Nie pomógł jedyny (oprócz muzyki) jasny punkt przedstawienia – Michał Przybyła, po pierwsze rzadko go było w całości widać w świetlnych smugach, po drugie jeden tancerz nie uratuje spektaklu. Ale dało się dostrzec, że tańczył świetnie. Poza ty: totalnie nieograna scenografia. Po kiego diabła na scenie jest ta okrągła machina, z której „spada” Sprzedawca? Miałam wrażenie, że nie tylko nie pełniła żadnej istotnej roli, ale wręcz przeszkadzała tancerzom. Po drugie: aż żal tak spartolić fajnie wymyślone „pojemniki na marzenia”, które podświetlone ukazywały swoich bohaterów w środku, jakby za mgłą. Wykorzystane tylko przez krótką chwilę nie zaczarowały tak jak powinny. Poza tym kostiumy, szczególnie głównych postaci, bez polotu. Nic rewelacyjnego. Sam Sprzedawca Marzeń wyglądał, przepraszam za wyrażenie, jakby się z choinki urwał, w tym swoim wdzianku w czarno-białą szachownicę (które jeszcze krępowało ruchy, takie odniosłam wrażenie). Sama historia też cieniutka fabularnie i na dodatek patetyczna do bólu. No bo ileż można baloników w eter wypuścić, ile smętnych spojrzeń rzucić ( a spektakl trwał bite dwie godziny). Litości !

Czas odświeżyć formułę. To, co dotychczas było siłą częstochowskiego Teatru Tańca: ciekawe scenariusze, „mówiący” ruch, taniec, a przede wszystkim charyzma tancerzy i twórców, stało się, przy niedopracowaniu i braku konkretnego pomysłu na spektakl, jego słabością. Czas wziąć się do wytężonej, solidnej pracy, nie osiadać na laurach sprawdzonych metod, ogranych chwytów. Żeby „przedstawienie mogło trwać”.

Published in: Bez kategorii on Kwiecień 16, 2012 at 11:17 pm  12 komentarzy  

Take off * OFFsceniczny.

Zakończył się festiwal performance OFFsceniczny, zorganizowany przez Ankę Fugazi Biernacką (znaną performerkę i animatorkę kultury, nie tylko lokalnej). To chyba pierwszy tak duży festiwal performansu w naszym mieście. Kilkunastu uczestników, każdy inaczej patrzący na świat, każdy mający swoją wizję sztuki żywej, i naturalnie inny materiał do wykorzystania (materiałem w performansie ma być, jak wiemy, ciało aktora/performera). Niektórzy zrobili z tego materiału użytek doprawdy nikły, część, zbyt mocno posiłkowała się rekwizytami i sztuczkami wizualnymi oddalającymi performans od głównej jego idei, tylko kilka osób potrafiło sprawić, że połączenie: ciało (performera) + oczy, uszy, nosy (publiczność) = przekaz (KONKRETNY przekaz – wstrząsający, wzruszający, działający nie tylko na emocje, ale również). Pożądana jest też kontrowersyjność, nieoczywistość, zaskakująca pointa. A to, jak było widać przez dwa dni częstochowskiego festiwalu – są towary deficytowe. Trudno szokować, oburzać w dzisiejszych czasach, kiedy „wszystko już było”, ale postuluję by ktoś, kto nie ma nic do powiedzenia na scenę jednak nie wychodził. Nie przekonują mnie i nic nie mówią nowego, odkrywczego, ani ciekawego performanse, gdzie sztuką jest częstowanie winem (chyba, że robi się to w stroju Chrystusa 😉 – Karolina Stępniewska. Motyw wina można ciekawie wykorzystać – jak w swoim pokazie Julia Kurek, która wypiła 96 symbolicznych toastów za ofiary katastrofy smoleńskiej (przy okazji fajnie wykorzystała kolory i pokazała stereotyp Polski i Polaków tworząc z kieliszków wypełnionych czerwonym winem i biała wódką flagę narodową).  Co jeszcze nie cieszy? Pokazywanie dupy – bo zużyte (choćby było użyte w konwencji żartu scenicznego) – Dariusz Fodczuk  stworzył poza dupą bardzo pozytywny i ciekawy, a ponadto bardzo aktualny performance(z konieczności skrócony), o Polsce tegorocznej – w kulturze, sporcie, polityce. Zaznaczył swoją interpretację faktów, ale ostateczny komentarz pozostawił widzom. Ważne by było co komentować, bo były performanse, tak mało bogate (delikatnie mówiąc) w materiał do komentarzy, że każda ich ocena wydaje się nadinterpretacją, jak np. działanie z kredą (Pavlo Kovach) – można odczytać na tysiąc sposobów – oznaczanie swojego terytorium, spotkanie miękkiego z twardym ;), dobra ze złem itd itd, a żadna jasna myśl, odkrywcza myśl, z tego nie wyniknie. Tysiące interpretacji i żadnej pointy. Smutne. Na brak pointy cierpiała zresztą większość uczestników tego festiwalu. Zaczyna się fajnie, z przytupem i kończy w zawieszeniu i bez sensu – jak u Michała Bałdygi. Symbole religijne też już rzadko potrafią mnie chwycić za gardło (chyba, że są w jakiś wyjątkowy sposób bezczeszczone jak w jesiennym happeningu Anki Biernackiej, która ułożyła krzyż ze świeżutkich, prosto z rzeźni krowich serc), ale metafora, którą pokazał Michał Bałdyga jest do wyrzygania oklepana. Co jeszcze? Brakowało mi w tych festiwalowych performansach prawdy i autentyzmu – szczególnie u roztrzęsionej Angeliki Fojtuch, wmasowującej w „place of art” oliwkę bambino i przekonującej  nas, że jest to „olejek o zapachu różanym”, co psuło cały efekt. Ot, takie mdłe działanie. Nudzą mnie też historie bez historii, a jedną z takich „opowiedział” Janusz Bałdyga. Nieudolnie sklecony performans, nastawiony na efekt, z dużą ilością, moim zdaniem zupełnie zbędnych rekwizytów (szminka, która nie ma znaczenia, porcelanowe popiersie Piłsudskiego czy też Stalina (sic!), taśma imitująca aureolę, jednakże niestarannie ograna przez performera), z wyraźnie zaznaczającym się… brakiem pointy. Może dlatego tak podobał mi się performance Ewy Zarzyckiej, odarty z „pomocy naukowych” – rekwizytów, tła, multimediów. Ona i słowo, które coś znaczy. Ona i świat, ona i jej życie, ona i jej podróż, ona i jej spacer, ona i jej ciało, ona i jej usta, które kreują słowa, które żyją. Są żywą sztuką. I to co zrobiła ze swoim ciałem Miho Iwata – sprowadzając performance do jego podstaw, działania tylko ciałem. Ciało Miko Iwaty jak gąbka chłonęło emocje publiczności, jak echo powtarzało usłyszane przypadkowo „cześć” – sprawiając, że nabierały one (te przypadkowe działania publiczności)  rangi sztuki, stawały się sztuką. Zbyt to może było szarpane, gwałtowne, nawet momentami karykaturalne (szczególnie emocjonalnie), ale ta „fizyczność” zamierzonego działania bardzo działała na psychikę widza.

Wisienką na torcie festiwalu OFFscenicznego miał być występ gwiazdy – kontrowersyjnej, obrazoburczej, wielokrotnie cenzurowanej grupy – katowickiej Suki Off. I… bez fajerwerków. Wstyd przyznać, pierwszy raz widziałam Sukę Off na żywo w akcji, i nie tylko nie przeżyłam katharsis, ale, o maj god, nudziłam się. No, ok, fajny chwytliwy pomysł z tym czerwonym lateksowym kostiumikiem, z tym przywiązywaniem czerwonymi linkami (jakby rozpięciem na Krzyżu), zrzucaniem skóry na oczach publiczności (co też ma tyle interpretacji, że w głowie się może zakręcić) – no i co z tego wynika ? Może i by coś wynikało, gdyby była puenta, a tu znowu jej brak.

I jako że w większości performansów OFFfestiwalu nie było puenty, tu też jej nie będzie. Chyba, że była w tytule 😉

*amputować, chwycić, chwytać, gnać, gwałtownie rosnąć, iść w górę, naśladować, odjąć, odnieść sukces, pognać, przedrzeźniać, przyjąć się, przyjmować się, słabnąć, start samolotu, startować, startować (o samolocie), wyjechać, wyjść, wystartować, zabierać, zabrać, zdejmować, zdjąć.

Published in: Bez kategorii on Kwiecień 16, 2012 at 9:40 am  3 komentarze  

Blog – reaktywacja.

Już wkrótce:

O: Częstochowskim Teatrze Tańca i jego najnowszej premierze

o festiwalu OFFscenicznym w CPM

o częstochowskiej kulturze bez wazeliny 🙂

Zaglądajcie !!!

Published in: Bez kategorii on Kwiecień 15, 2012 at 10:16 am  Comments (1)  

***

Do NN***

nagle
wycinasz się
z pomieszanych form ulicy
wypukłością nóg
               twarzy

zbliżasz się - pół
mijam cię - pół

jakże mi szkoda
tej zawsze jednej strony nie widzianej!
odchodzisz - pół
ruch innych
    kroi cię
        w coraz drobniejsze
            kawałki

nic mi z ciebie nie zostało
nagle

Miron Białoszewski

Published in: Bez kategorii on Październik 8, 2011 at 1:52 pm  Dodaj komentarz  

„w nocy noc i w ludziach czarna noc”

Zaczęliśmy Ogródki. Jako pierwszy ze spektaklem konkursowym zaprezentował się Edward Gramont z przedstawieniem opartym o kultową powieść Kena Keseya  – „Lot nad kukułczym gniazdem”. „Sister Kate” teatru Terminu A Quo to gorzka opowieść o samotności. O tym, że jak pisał Stachura, a teraz śpiewa Lao Che: „coraz więcej wkoło ludzi, o człowieka coraz trudniej”.

O tym jaki to był spektakl przeczytacie jutro na portalu: wczestochowie.pl

A teraz tylko komentarz śpiewany (zainspirowany):

watch?v=b1fQQidgtA4

 

Published in: Bez kategorii on Lipiec 19, 2011 at 7:30 am  3 komentarze